piątek, 7 kwietnia 2017

Wiedźma...

     No więc .... pogodzona że konieła mam NIE RUSZAĆ , dalej bawiłam się z nim z ziemi...
Lonża, spacery, pieszczenie ... mijały kolejne dni a ja nadal nie doczekałam się informacji o planowanych treningach z Mescalem... ;- (

Natomiast moje dziecko obrażone że nie dość że Flickę kupiłam w tajemnicy i jeździłam na niej przed nią a teraz "zaliczyłam" jako pierwsza Mescalątko, wymogła na mnie obietnicę że wsiądzie jako "druga" na srokacza.
   W momencie jak powiedziałam o tym "Super Pańci od układania koni" usłyszałam.... "za późno"... eeeee ??? Czyż nie mówiłam że chciałam być przy każdej takiej próbie !!! ???

        Ok... byłam zła... do czasu kiedy poruszyłam temat przy jej pomocniku... i co ? konsternacja ! Jedno na drugie spojrzało i... już wiedziałam że Pańcia tyłka nie posadziła nawet na Mescalu !
Nie pierwszy raz "zeznania" ich różniły się ze sobą .... nie dziwie się chłopakowi któremu poniekąd zależy na "pracy" i generalnie chwali się jego lojalność wobec wiedźmy ale, jak to mój mąż na koniec JĄ podsumował ... pinokio ! nos Ci rośnie ;-P
Mogę uwierzyć co najwyżej że chłopak próbował z uprzężą do wozu z nim ... ale to tyle...

         Po kilku takich dziwnych sytuacjach i kolejnych dniach kiedy to intensywne treningi bez mojego udziału trwały w najlepsze ( chyba nocą ) , zaczęłam ponownie przewieszać się przez grzbiet mojego "dziecka" i wsiadłam ponownie... ;-P tym razem bez "łydki"....
Mój mąż trzymając dzielnie lonże przeprowadził Mescala ze mną na grzbiecie tam i z powrotem ... i co ??? i nic ;-) NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY JAK GO MALUJĄ ! Dzieciak dał mamie spokój z nauką latania ;-)
I tak poszło już jak z płatka .... i w tym problem ...
Poszłam z Mescalem i Flicką na spacer... w teren... raz .... i drugi.... dałam w końcu do zrozumienia "wiedźmie" że sama się zajmę Mescalem we własnym zakresie bo konik jest mega grzeczny i fajnie reaguje na pomoce.
         I tu się zaczęło !!! Piekło.... ale ją .... urażona duma zabolała baaardzo.... oczywiście.
Dostawałam wiadomości że dzięki niej konik chodzi na tak delikatne pomoce a ja WALIŁAM go od początku łydkami i bacikiem i galopowałam pochylając się do przodu !!!

Bo gdybyście nie wiedzieli galopując na młodym koniu nie wolno się pochylać do przodu ani jeździć w półsiadzie !!! Trzeba galopować w pełnym siadzie, obciążając mu młody kręgosłup i tłuc tyłkiem po jego zadzie !!!

          Argumentem przeciwko jeździe w półsiadzie było to że przy np.: potknięciu się konia nie utrzymam się i polecę przez łeb i szyję ... yyyyy ???

         Może nie jestem SUPER dżokejem ale od 12 lat jeżdżę w półsiadzie w galopie i żyję i nawet konie na których uprawiałam ten niecny proceder także.
Chyba że jest to styl West...

Tak ! Jeśli masz dobry dosiad powinnaś "wysiedzieć" galop na koniu... wtedy nie tłuczesz mu po plecach tyłkiem.  Z tego co wiem półsiad jest także bardzo wskazany w terenie...
         Naturalne dla mnie było ( co zresztą potwierdziły osoby bardziej doświadczone od wiedźmy ) że konikowi który dopiero zaczął pracę pod siodłem trzeba oszczędzać takich wrażeń!
No ale cóż ... ja się przecież nie znam......

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz